
Kleber to francuskie przedsiębiorstwo, które powstało w 1910 roku jako „Société Française B.F. Goodrich”. Na początku lat 30. XX wieku zyskało popularność dzięki produkcji opon lotniczych dla samolotów Potez 540, a uznanie konsumentów zdobyło dzięki wyposażeniu słynnych samochodów Simca Chambord w opony z białymi bokami. W 1945 roku firma przeszła rebranding – jej nowa nazwa nawiązuje do adresu nowej siedziby przy Avenue Kléber w Paryżu. Obecnie większościowym udziałowcem marki jest koncern Michelin, co pozwala na wdrażanie rozwiązań stale podnoszących jakość produktów. Opony Kleber produkowane są między innymi w Rumunii i Wielkiej Brytanii, a także – o czym warto wspomnieć – w olsztyńskich zakładach „Stomil-Olsztyn”. Produkcja na terenie Polski sprawia, że rodzimi klienci coraz częściej sięgają po wyroby tej marki. Choć Kleber pozycjonowany jest w klasie średniej, to biorąc pod uwagę opinie klientów, ceniony jest za wysoką jakość, porównywalną z oponami klasy premium.

Historia marki sięga 1910 roku, kiedy to zarząd amerykańskiego koncernu BF Goodrich podjął decyzję o rozszerzeniu działalności na Europę i wybudowaniu fabryki we Francji. Na miejsce inwestycji wybrano miejscowość Colombes w regionie Île-de-France. Przedsiębiorstwo przyjęło nazwę „Société Française B.F. Goodrich”, co oznaczało po prostu francuski oddział BF Goodrich. W 1938 roku nazwę zmieniono na „Colombes-Goodrich”, jednak stan ten nie trwał długo. Na początku lat 40. XX wieku, w wyniku bombardowań podczas II wojny światowej, firma została zmuszona do przeniesienia siedziby do Paryża na Avenue Kléber.
To właśnie nazwie tej alei marka zawdzięcza swoje dzisiejsze miano. Kleber jako jeden z pierwszych producentów postawił na popularyzację produktów poprzez reklamy prasowe, co zapewniło mu rozpoznawalność na całym świecie. Opony reklamowano początkowo przy udziale modelek, natomiast do promocji modeli z białymi bokami wykorzystywano charty. W latach 70. maskotką marki został brązowo-biały bokser, który od tamtej pory na stałe zagościł w materiałach marketingowych.


Przebita opona, nagły spadek ciśnienia, sezonowa wymiana albo drgania kierownicy przy większej prędkości. W takich momentach pojawia się hasło „wulkanizacja”. Większość kierowców zna to słowo, choć nie każdy dokładnie wie, co kryje się za nim w praktyce.

Światła w samochodzie to jeden z tych tematów, który wydaje się prosty do momentu, aż warunki na drodze zaczynają się zmieniać. W dzień sprawa wygląda inaczej niż po zmroku, podczas mgły czy w tunelu. Nic dziwnego, że wielu kierowców ma wątpliwości.

Wymieniłeś opony na nowe, auto gotowe do jazdy i wydaje się, że temat z głowy. Dopiero po powrocie do domu sporo osób przypomina sobie, że został jeszcze stary komplet. Cztery zużyte sztuki lądują w garażu, piwnicy albo bagażniku „na chwilę”, która często przeciąga się na długie miesiące. Nagle okazuje się, że zajmują miejsce, przeszkadzają i dalej nie wiadomo, co najlepiej z nimi zrobić.

Zapala się kontrolka silnika i przez chwilę nie wiesz, czy to poważna rzecz, czy tylko drobiazg. Auto jedzie normalnie, więc łatwo to zbagatelizować. Z drugiej strony trudno to po prostu zignorować i jechać dalej, jak gdyby nic się nie stało.

Kiedy VIN nagle jest potrzebny „na już”, zaczyna się nerwowe sprawdzanie. W teorii to tylko ciąg znaków, w praktyce jego odnalezienie nie zawsze jest takie oczywiste. Zaglądasz pod maskę, sprawdzasz drzwi, patrzysz przez szybę i dalej nie masz pewności, czy to właśnie ten numer. Problem w tym, że VIN nie zawsze znajduje się w jednym, oczywistym miejscu, a jego lokalizacja może różnić się w zależności od modelu auta.

Niższa cena potrafi skutecznie przyciągnąć uwagę, szczególnie gdy komplet opon kosztuje wyraźnie mniej niż nowe modele. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak okazja, którą szkoda przegapić. Jednak nie każdy kierowca sprawdza, co dokładnie kryje się za taką ofertą i z czego wynika ta różnica.